W wieku 86 lat odszedł do wieczności ks. Antoni Osowski SCJ. 42 lata poświęcił głoszeniu Ewangelii mieszkańcom Konga i Kamerunu w Afryce. Budował tam żywy Kościół.

Urodził się w czasie wojny 11 czerwca 1940 r. w miejscowości Garkowo Nowe na Mazowszu (gmina Szreńsk) i był szóstym dzieckiem rodziców, którzy mieli niewielkie gospodarstwo. By wychować dzieci, pomóc im w wyksztalceniu, ojciec pracował często jako murarz, stolarz, szewc, a nawet fryzjer.

„Jednego z trzech braci to prawie nie znałem. Został zabrany na roboty do Niemiec, ale pod koniec wojny uciekł i przystał do wojska polskiego, które stacjonowało przy wojsku angielskim. Po wojnie nie wrócił do Polski bojąc się uwięzienia i udał się do rodziny w Ameryce. Pierwszy raz zobaczyliśmy się dopiero w 1977 r., gdy byłem w Stanach” – opowiadał ks. Antoni, dodając, że brat był kościelnym w parafii polskiej.

Do szkoły podstawowej Antoni uczęszczał w Garkowie i Szreńsku, którego pierwsze ślady osadnictwa sięgają IX wieku. To dzisiaj urokliwe miasteczko, położone nad rzeką Mławką, które zachwyca swoim średniowiecznym dziedzictwem, bogatą kulturą i pięknymi krajobrazami. Perłami miasta są średniowieczny zamek i gotycki kościół św. Wojciecha, w którym Antoni został ochrzczony i gdzie był ministrantem.

„Bardzo lubiłem naukę i nawet szło mi nieźle w szkole. Najbardziej jednak lubiłem służenie w kościele i często pojawiała się myśl, że może i ja kiedyś odprawię Mszę świętą. Modliłem się do Matki Bożej, aby rozeznać swoje powołanie” – wspominał, dodając, że po podstawówce zapisał się do szkoły zawodowej w Kwidzyniu z kierunkiem ślusarskim i zamieszał w internacie.

Sercanów poznał dzięki misjom, jakie były w jego parafii w 1958 r., a które prowadzili księża - Wincenty Turek i Jan Góra. Tak się złożyło, że w czasie misji był krótko listonoszem. Zastępował szwagra rozwożąc korespondencje do pięciu okolicznych wsi.

„Codziennie na rowerze robiłem niemal 20 kilometrów. Chciałem przy tym uczestniczyć w naukach dla młodzieży, które na szczęście były wieczorem. Na jednym spotkaniu, ksiądz Turek zapytał mnie: czy chciałbym zostać misjonarzem? Odpowiedziałem, że bardzo chcę. Potem napisałem prośbę o przyjęcie do Zgromadzenia, którą ksiądz zabrał do Krakowa” – opowiadał.

W lipcu 1958 r. pojechał z bratem do Tarnowa na rozmowę, a tam poradzono mu, by przeszedł przez małe seminarium w Stadnikach. Potem postulat i nowicjat już w Pliszczynie pod kierunkiem ks. Jana Bema. Maturę zrobił razem z innymi w tarnowskim Liceum Broniewskiego, a następnie w Krakowie rozpoczął filozofię.

Wówczas pojawił się u niego kryzys i opuścił Zgromadzenie. Usłyszał przy tym słowa, które stale miał w pamięci, mianowicie, że gdyby zmienił zdanie, to zawsze może wrócić; drzwi są dla niego otwarte.

„Po roku pracy w cukrowni i jako inspektor w kampanii buraczanej wróciłem, bo cały czas odzywało się pragnienie z młodości, by zostać misjonarzem. Nic mi nie brakowało, miałem dobrą pracę, pieniądze, ale coś nie dawało mi spokoju i zadowolenia, więc znów pojawiłem się z prośbą o przyjęcie do sercanów” – wyznał po latach.

Nowicjat musiał powtórzyć i 23 sierpnia 1966 r. złożył w Pliszczynie na ręce ks. Stefana Kierpca po raz drugi profesję zakonną. Nie musiał natomiast powtarzać przedmiotów z filozofii i po czterech latach teologii, 25 czerwca 1970 r. przyjął w Krakowie z rąk bpa Romana Groblickiego święcenia kapłańskie.

Po rocznym studium z liturgiki w Krakowie razem z księżmi Sroczyńskim i Święchem pojechali w 1971 r. do Rzymu po krzyże misyjne. W niedzielę misyjną otrzymał ów upragniony krzyż z rąk kardynała z Kenii. Natomiast od listopada do maja 1972 r. szlifowali język francuski nad Loarą. 21 czerwca tegoż roku przez Ateny znalazł się w Kinshasie, gdzie oczekiwali na nowych misjonarzy księża - Idzi Biskup i Franciszek Leżański.

„Rozpoczęło się nowe i inne życie, prawdziwie misyjne, o którym dawno marzyłem i marzenie się spełniło, ponieważ młode lata kapłańskie aż do emerytury oddałem Afryce, najpierw 26 lat dawnemu Zairowi, a od 1998 do 2015 -16 lat Kamerunowi” – opowiadał.

W obecnym Kongo w latach 1973-88 pracował duszpastersko w diecezji Kisangani w różnych parafiach. Uczył także w Kolegium i zastępował kapelana wojskowego. Ale większość czasu spędzał w drodze i z wiernymi, do których udawał się pieszo albo samochodem. Przemierzał setki kilometrów od wsi do wsi, gdzie katechizował, odprawiał Eucharystii i udzielał sakramentów św. Do niektórych misji dopływał pirogiem - wydrążoną z jednego pnia łódką.

W 1976 roku pisał o swej pracy tak: „Jestem dalej w Tshopo, rok szkolny się rozpoczął, i w tej chwili przygotowuję program dla katechumenów, którzy rozpoczną kurs religii od podręcznika, oraz przygotowuję program dla szkoły średniej i podstawowej do lekcji religii, którą również mam w planie rozpocząć. Większość czasu poświęcam młodzieży, ponieważ, jak się okazuje, tu w Kisangani, w mojej parafii młodzież dopiero zaczyna się organizować”.

Pracy było dużo, co wpłynęło na stan jego zdrowia. W 1996 r. przeżył zawał serca, o którym nawet nie wiedział. Następnego roku w Polsce przeszedł operację , ale już w kwietniu 1998 r. wrócił do Zairu. Ale na krótko, bowiem sytuacja polityczna kraju spowodowała, że zdecydował się pojechać do Kamerunu, gdzie pracował w dużej parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus z 15. dojazdowymi kaplicami. W 2006 r. zbudował z ludźmi kolejną kaplicę, a rok później objął parafię przy tamtejszym nowicjacie będąc jednocześnie spowiednikiem nowicjuszy.

„W 2014 roku, po rocznym urlopie, wracając do Kamerunu myślałem, że pozostanę już tam na zawsze, ale wola Boża była inna. Należąc do prowincji kameruńskiej udałem się do Belgii, gdzie pomagałem w parafii prowadzonej przez księdza Jurka Sędzika. Mam już 76 lat i człowiek zaczyna się rozsypywać po kawałku. Opuściłem Afrykę chyba już na zawsze, choć tęsknota będzie na pewno długo mi jeszcze towarzyszyć, w większym czy mniejszym stopniu, do końca mej pielgrzymki na ziemi. Niczego nie żałuję, budowałem tam żywy Kościół” – napisał do mnie w mailu.

W kolejnej korespondencji z Belgii poinformował, że udaje się do La Capelle we Francji, która – jak podkreślił – jest także swego rodzaju terenem misyjnym. Wierzył, że tym zlaicyzowanym kraju znów odżyje wiara i ludzie wrócą do Kościoła.

„Mocno w to wierzę, że Francja się zmieni, bo to są sprawy Boże, a my jesteśmy tylko zwykłymi robotnikami w winnicy Bożej i życzeniem Bożym jest, abyśmy dobrze wykonywali naszą pracę i włożyli w nią moc serca i ducha” – napisał.

W 2020 r. powrócił do Polski i zamieszkał we wspólnocie w Lublinie Czechowie, gdzie pomagał w duszpasterstwie i był cenionym spowiednikiem. Problemy zdrowotne jednak narastały i przed dłuższy czas przebywał w lubelskim szpitalu, gdzie zmarł 21 marca 2026 r.

Ks. Andrzej Sawulski SCJ

 

-----------------------------------------------------

Na zdjęciach, min. Szreńsk, święcenia kapłańskie i prymicje, w Lubutu ze siostrami Niepokalanego Poczęcia NMP (1986)