W domu księży sercanów w Tarnowie wieku 92 lat zmarł ks. Stefan Achinger SCJ. Był cenionym katechetą, proboszczem w Denkowie i przez wiele lat kapelanem w krakowskim Domu Pomocy Społecznej.

Przyszedł na świat 12 września 1934 r. w Witkowicach (pow. oświęcimski) i cztery dni od urodzenia został już ochrzczony w starym kościele pw. św. Michała Archanioła. 30 lat później w tej świątyni odprawił Mszę św. prymicyjną. Był do niej przywiązany, jak również inni mieszkańcy wioski, dlatego bardzo przeżył okoliczność jej pożaru w 1975 r., i to zaraz po powrocie wiernych z Pasterki.

„To było dla wszystkich bardzo smutne wydarzenie. Pożar strawił doszczętnie cały kościół. Ocalał jedynie dzwon, który był świadkiem tej tragedii” – wspominał, dodając, że jeszcze przed wyborem na stolicę Piotrową do wioski przyjechał kard. Karol Wojtyła, który wmurował kamień węgielny pod nową świątynię.

Kiedy miał zaledwie kilka lat umarła jego matka Katarzyna Kotlarczyk. W domu było już dwóch braci (Władysław, Edward) i dwie siostry (Genowefa, Maria). Jeszcze urodziła się Józefa. Miał troje rodzeństwa przyrodniego, ponieważ ojciec ożenił się powtórnie.

W czasie okupacji, a dokładnie 24 czerwca 1942 r., Niemcy wysiedlili całą jego rodzinę z domu, do którego się wprowadzili kilka lat wcześniej. Było to zaledwie ponad miesiąc od śmierci matki.

„Znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. Tata musiał szukać nowego domu i pracy. Niedaleko w Łękach był dwór z zabudowaniami folwarcznymi, otoczony pięknym parkiem, który zagrał w filmie „Rodzina Połanieckich”. Pochodzący ze Słowacji zarządca dał tacie zajęcie i mogliśmy przez trzy kolejne lata jakoś przetrwać, a w styczniu 1945 r. wróciliśmy do własnego domu” – wspominał.

Mały Stefan szkołę podstawową rozpoczął w 1942 r. w Łękach. Mówił, że była to szkoła tylko z nazwy, nauka odbywała się co drugi dzień i jedynie były to lekcje z matematyki i języka polskiego. Brakowało nauczycieli. Po powrocie do Wikowic było znacznie lepiej i w 1948 r. ukończył edukację podstawową.

Dalszą naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Kętach musiał przerwać. Pieszo pokonywał do szkoły tam i z powrotem 16 km, a na rower nie było go stać.

„W dniach listopadowych wychodziłem z domu w ciemnościach i w ciemnościach wracałem, a na pogłębienie lekcji w domu już nie było czasu. Droga przez wieś była pełna wyboistych kamieni, które mocno odczuwałem przy każdym upadku w ciemnościach. W tej sytuacji musiałem zrezygnować z dalszej nauki” – opowiadał.

Przerwa w edukacji nie trwała jednak długo. W 1950 r. zasiadł w ławkach czteroletniego technikum w Bielsku Białej wybierając kierunek chemicznej obróbki włókna. Do szkoły dojeżdżał codziennie pociągiem z Kęt, gdzie zamieszkał u znajomych, a po roku przeniósł się do internatu. Nauka szła mu dobrze. W dodatku otrzymał tak wysokie stypendium, że nie musiał martwić się o najbliższą przyszłość. Chciał studiować na politechnice lub w akademii wojskowej, lecz w tym czasie wprowadzono trzyletni nakaz pracy.

„Stanąłem na rozdrożu. Świat objawiał atrakcyjną perspektywę lecz coraz częściej w sercu pojawiał się głos Bożego Serca - „Pójdź za Mną!”. Pewną przeszkodą było jednak moje wysokie stypendium. Miałem do wyboru: praca, albo studia lub wojsko” – wspominał.

Ponieważ w tym czasie jego rocznik był poborowym, wybrał wojsko. 16 października 1954 r. trafił do szkoły podoficerskiej ze specjalnością: techniczna obsługa sprzętu wojskowego. Po jej ukończeniu pozostał nadal w wojsku, gdzie zajął się szkoleniem młodszych roczników. Został dowódcą plutonu, liczącego 50 żołnierzy, a dowództwo widziało dla niego ścieżkę kariery wojskowej, co wiązało się z dłuższą służbą. Jednak on myślał o innej posłudze, mianowicie w Zgromadzeniu Księży Sercanów.

„Złożyłem podanie o przedterminowe zwolnienie z wojska, które przetrzymywano kilka miesięcy. W pewnym momencie zdecydowałem, by udać się do Ministerstwa Obrony Narodowej, aby przedstawić swoją prośbą samemu generałowi. Dwa tygodnie od rozmowy przyszła pozytywna decyzja” – relacjonował.

Sercanów poznał jeszcze jako młodzieniec. W jego parafii w Witkowicach w 1949 r. były misje święte, które głosili ks. Wincenty Turek i ks. Franciszek Nagy. Nie miał wątpliwości, że to właśnie sercanie są zgromadzeniem, z którym chciał związać swoje powołanie i życie.

26 września 1956 r. razem z kolegą z tej samej miejscowości Stefanem Kajtą przybyli do Mszany Dolnej i w domu na tzw. Lachówce rozpoczęli najpierw postulat a następnie nowicjat pod okiem ks. Władysława Majki. 4 grudnia 1957 r. złożyli pierwsze śluby zakonne na ręce prowincjała ks. Jana Bema.

Następnego dnia już byli w Tarnowie, gdzie rozpoczęli razem z innymi naukę w diecezjalnym seminarium. W 1959 r. został przeniesiony na rok do Krakowa Płaszowa, aby pomóc w pracy w tzw. biurze dobroczyńców. Stąd trafił na dalsze studia do Stadnik i tutaj przyjął święcenia diakonatu z rąk bp Juliana Groblickiego, a 5 lipca 1964 r. otrzymał święcenia kapłańskie od biskupa pomocniczego archidiecezji lubelskiej Henryka Strąkowskiego. Zaraz potem, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, przygotowywał się do pracy duszpasterskiej u franciszkanów, którzy prowadzili tzw. tirocinium, czyli studium pastoralne dla młodych zakonników.

Pierwsze szlify duszpasterskie zdobywał we Florynce, a po dwóch latach pracował w diecezjalnej parafii w Grębowie (obecnie diecezja sandomierska). W tej dość dużej parafii miał co robić. Jak wspominał, uczył religii od poniedziałku do soboty 16 klas szkoły podstawowej, 6 klas liceum i 2 klasy w szkole rolniczej. Nie narzekał, bowiem lubił katechizować.

„Pracy było mnóstwo. Oprócz katechezy opiekowałem się służbą ołtarza, głosiłem kazania, udzielałem sakramentów, prowadziłem pogrzeby. Mimo wielu obowiązków bardzo miło wspominam ten czas, lecz za radą lekarza musiałem pożegnać tą wspaniałą parafię i zamieszkałem w Tarnowie” – opowiadał.

Od 1 sierpnia 1969 r. został skierowany razem z ks. Stefanem Zabdyrem do pracy w Ostrowcu Św. – Denkowie, aby przygotować przejęcie tej parafii przez Zgromadzenie, co stało się faktem. Tutaj też dużo katechizował w podstawówce, w liceum i technikum. Katechetą był także od 1974 r. w Krakowie Płaszowie. Do Ostrowca Świętokrzyskiego wrócił w 1977 r. już w roli proboszcza parafii pw. św. Stanisława, biskupa.

Krótko był socjuszem w Pliszczynie, następnie od 1986 r. przełożonym w domu „Pod gontami” w Lublinie, a w 1989 r. przez zaledwie trzy miesiące proboszczem w Węglówce. Pojawiły się bowiem pierwsze poważniejsze kłopoty zdrowotne i musiał zamienić góry na morze, będąc przez rok rezydentem w Gdyni.

„Niestety, postępującą choroba wieńcowa serca, nie pozwoliła mi pracować w górzystym terenie. Musiałem poddać się operacji, w czym pomógł mi kardynał Stanisław Nagy” – opowiadał.

W lipcu 1990 r. zamieszkał we wspólnocie w Sosnowcu, a po trzech latach przeniósł się na dłużej do Krakowa, gdzie najpierw pomagał w biurze, a w listopadzie 1993 r. został kapelanem w Domu Pomocy Społecznej.

Kapelanem w DPS-ie był niemal 13 lat i cenił sobie, że może jeszcze służyć kapłaństwem zazwyczaj chorym pensjonariuszom, a niektórym nawet pomóc powrócić do wiary i na łono Kościoła.

„Kiedy poczułem się lepiej pojawiła się możliwość pracy w Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Łanowej, na co chętnie się zgodziłem, chodząc codziennie pieszo z domu macierzystego. Wtedy miałem najwięcej pracy, ale była to praca najbardziej radosna. W ciągu tych kilkunastu lat ponad 500 pensjonariuszy przeszło do wieczności. Wszystkim towarzyszyłem w ostatnich chwilach życia, starając się o ich jak najlepsze przejście do wieczności” – wyznał.

1 lipca 2007 r. został z Krakowa przeniesiony do Tarnowa, gdzie przez 5 lat był zastępcą przełożonego, ks. Jerzego Wełny, i przez wiele lat radnym domowym.

14 kwietnia 2017 r. miał ciężki zawał serca, a kolejne lata wypełniał przebywaniem na modlitwie i adoracji w domowej kaplicy. Kiedy tylko mógł starał się uczestniczyć w różnych prowincjalnych wydarzeniach: profesji, święceniach, jubileuszach i żegnał współbraci w czasie pogrzebów.

W dniu pogrzebu swego współbrata ks. Zdzisława Kozioła zasłabł w kaplicy. To był kolejny zawał serca. Ale znów się podniósł i wrócił do wspólnoty, gdzie – jak się wyraził - „w tym wieku pozostała mi tylko modlitwa i przygotowanie się na spotkanie z Bożym Sercem, Matką Najświętszą i patronem mojego życia zakonnego, świętym Józefem”.

Od kolejnego pobytu w szpitalu w czasie świąt wielkanocnych był coraz słabszy, a codzienną opieką otoczyła go wspólnota tarnowska. Już nie mógł modlić się w kaplicy, która była jego ulubionym miejscem, więc współbracia modlili się z nim w pokoju. Miał też swoje modlitwy, którym był wierny, a jedną z nich było nabożeństwo do św. Józefa, patrona dobrej śmierci. Obierając go sobie za Patrona na początku życia zakonnego, zawierzył mu wszystko, także tą ostatnią chwilę, która nastąpiła w dniu 17 maja br. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.

Ks. Andrzej Sawulski SCJ

----------------------------------------

Na zdjęciach, m.in. nowy kościół w rodzinnych Witkowicach